Jak w życiu – o wszystkim po trochu. Drukuj
Wpisany przez TOMASZ32-VAD   
wtorek, 20 listopada 2012 16:04

Z felietonu, który wczoraj napisałem, pozostał jedynie tytuł. Dzisiejsze czytania dotyczą końca czasów, ale myślę, że zniknięcie tekstu felietonu, zapisanego zresztą w dwóch kopiach, nie jest zapowiedzią apokaliptycznych wydarzeń. Odtworzenie więc 86. felietonu jest już niemożliwe, nie potrafię sobie przypomnieć o czym pisałem. Próbuję się nie denerwować i być spokojnym, widocznie wykasowany tekst nie zawierał nic ważnego. Zadziwia mnie jedynie to, że po raz pierwszy zdarzyła mi się taka przygoda, a to jest znakiem postępującej mojej umysłowej ułomności. Nie obwiniam komputera ani też złych mocy za tą niemiłą przygodę.

 

Znacznie poważniejszą sprawą stało się jednak dzisiejsze niedzielne kazanie dla dzieci. Bo jak tu mówić do 5-6 letnich maluchów o końcu świata, żeby ich nie wystraszyć i żeby też nie wyszły z przekonaniem, że kazanie było streszczeniem jakiegoś strasznego filmu dla dorosłych o tragicznych wydarzeniach – horroru o spadających gwiazdach, słońcu, które utraciło swoje światło, trzęsieniach ziemi, morzach zalewających lądy i innych katastrofach i nieszczęściach? Wczoraj zapisałem chyba ze cztery strony maszynopisu, dzisiaj rano skróciłem wszystko do jednej strony i wiedziałem, że tego jest i tak za dużo, że nie tak powinno wyglądać kazanie dla małych dzieci, ale nie wiedziałem też, jak to zrobić, żeby dzieci nie dostały nerwicy, a rodzice żeby mnie nie pogonili z widłami na rogatki Wieruszowa i zabronili wracać. Krótko mówiąc przeżyłem swoją małą, osobistą apokalipsę.

 

 

Siedziałem drżący przed ołtarzem i wtedy usłyszałem pięknie i z mocą odśpiewany przez naszego utalentowanego kantora, 12 letniego Huberta psalm responsoryjny i gdzieś w sercu usłyszałem głos: ‘zacznij kazanie od antyfony do psalmu: <Strzeż mnie, mój Boże, Tobie zaufałem>’. I wtedy zrozumiałem, że koniec świata nie musi być straszny, gdy zaufamy Bogu. Bóg stanie się naszym oparciem, tarczą, skałą, osłoną, schronieniem w chwilach grozy, jeśli Mu zaufamy oczekując ostatecznych, trudnych wydarzeń. I już wiedziałem, o czym będę mówił. Ściągę zostawiłem na pulpicie, wziąłem mikrofon, lekcjonarz przycisnąłem do piersi i poszedłem do dzieci. Było to kazanie o ufności Bogu w najbardziej trudnych chwilach życia i Jego miłości do swoich ukochanych dzieci. I wstrząśnięte moce na niebie utraciły swą grozę, bo przychodzący w obłokach z wielka mocą i chwałą Syn Boży, to przecież ten sam Jezus, który jest dzisiaj z nami w wieruszowskim kościele. Ten Jezus jest przecież naszym Przyjacielem, a my jesteśmy Jego przyjaciółmi. Co tydzień przypominam moim dzieciom tą prawdę. I wyjaśniłem też, że koniec tego świata nie będzie jego zniszczeniem, ale przemianą w świat piękniejszy, w pełni Boży. Gdy błogosławiłem dzisiaj po Komunii św. dzieci, to  w sercu czułem wdzięczność za uzdrowienie moich myśli, jak uzdrowiony trędowaty Samarytanin z Ewangelii św. Łukasza, sprzed kilku dni. 

 

Opisuję to wydarzenie może zbyt szczegółowo, ale dlatego, by pokazać, że Bóg nie zostawił mnie samego, gdy przeżywałem osobistą homiletyczną apokalipsę, posłał mi na pomoc Ducha Świętego. I tak bywa w życiu każdego z nas. Nie lękajmy się więc miłości Boga, nawet gdybyśmy stali się świadkami i uczestnikami końca czasów i drugiego przyjścia Zbawiciela. <Strzeż mnie, mój Boże, Tobie zaufałem>….. 

 

 

Moje przygody z Duchem Świętym są dość częste, bo ciągle coś przygotowuję i wciąż wątpię we własne możliwości, jest to nieustająca walka z sobą.  Wtedy On bierze sprawy w swoje ręce. Tak też było w ostatni poniedziałek. Całe popołudnie przygotowywałem „katechezę wieruszowską” p.t.: „Wierzę? Pragnienie i zdolność przyjęcia wiary”. To miała być wstępna refleksja katechizmowa w ‘Roku wiary’. Już od tygodnia myślałem pełen lęku: ‘co i jak mam powiedzieć mojej cudownej grupie słuchaczy’, tym razem znacznie bardziej dojrzałych niż moje niedzielne pięciolatki. Krysia, licząca ponad 80 lat jest najwierniejszą moją uczennicą,  gdy nie może przyjść, to zawsze się usprawiedliwia. Spotkaliśmy się jak zwykle po wieczornej Mszy św. w Domu Duszpasterskim. Mój lęk zamienił się w zwątpienie. Nie wierzyłem, że coś sensownego powiem. I jak zwykle, włączył się Święty Duch ze swoim światłem. Półtorej godziny mówiłem o trudnych sprawach z wielką swobodą, pewnością i radością w sercu. Jak zwykle dyskutowaliśmy i prowadzili rozmowy niedokończone. Udało się. Bez Bożej obecności i wsparcia, gdybym liczył tylko na siebie, byłby to czas stracony.

 

 

Od poniedziałku do czwartku odwiedzałem gimnazjum. O. Adrian, który jest katechetą, podarował mi siedem lekcji. Od roku myślałem już o takim spotkaniu z młodzieżą, bo gdzie można zarzucać sieci i łowić serca czyste, bądź poszukujące czystej życiowej drogi, jeśli nie w szkole? Tak więc zacząłem budować więź przyjaźni ze wspólnotą ponad stu gimnazjalistów – bardzo sympatycznych dziewcząt i chłopców. Mówiłem im najpierw o własnej drodze życiowej, o swoim powołaniu przedzakonnym i zakonnym, a następnie o ruchu czystych serc. Radosne i dobre były to spotkania. A później, już spotkania na ulicach Wieruszowa przestały być anonimowe, chyba staliśmy się znajomymi, a nawet więcej - przyjaciółmi. Może zaowocuje to powiększeniem się wieruszowskiej wspólnoty Ruchu Czystych Serc. W ostatnim dniu naszych spotkań rozdałem ostatnie, pozostałe mi jeszcze różańce i obrazki Matki Bożej z Guadalupe i z Medjugorje. Ucieszyłem się też, gdy uczniowie zapytali o. Adriana, czy jeszcze kiedyś do nich przyjdę.

 

 

W czwartek po południu poczułem się bardzo zmęczony. Ciśnienie  mi spadło, a cukier bardzo się rozregulował i nie mogę go doprowadzić do stanu normalności. Dla podreperowania samopoczucia oglądnąłem film „Ja Jestem”, który przyniosła mi dzień wcześniej Natalia. Zanurzyłem się w tajemnicę Eucharystii. Zobaczyłem wiele wydarzeń, o których słyszałem, o których coś wcześniej już wiedziałem. Zobaczyłem Cochabambę w Boliwii i Catalinę Rivas i Rwandę z okropieństwem ludobójstwa, zapadające się wieże WTC w Nowym Jorku, cud eucharystyczny w Lanciano i w Sokółce, wiarę najmniejszych tego świata, gdzieś w sercu Afryki, zapatrzonych z ufnością i miłością w Najświętszy Sakrament i uzdrawiające dotknięcia Jezusa w monstrancji, i Jezusa, przemierzającego w procesji ulice Manhattanu pośród obojętnych tłumów. Zanurzyłem się w tajemnicę Eucharystii pośród trudnego świata bez Boga i zapomniałem o mizernych moich dolegliwościach.

 

 

W piątek otrzymałem pierwszy raz maila od Maćka z Krakowa, zadziwił mnie swoją treścią: „Ojcze Ludwiku, dziękuje za ostatni felieton, uwielbiam je czytać... zawsze, szkoda że takie krótkie i że nie ma ich więcej, proszę o więcej”. A ja mam wciąż poczucie, że felietony są za długie, a więc za nudne. Do napisania tego ostatniego, wbrew moim oporom, namówiła mnie Sonia z Mochowa. Natomiast spod krakowskiej ‘Skałki’ Bożena napisała: „Znakomita ewangelizacja. Nauka jak mamy szukać Boga w każdej chwili dnia. On nas bardzo kocha i jest z nami cały czas, a my w tym zabieganym życiu czasami nie myślimy o tym, tylko po swojemu je ustawiamy. Dobrze, że nam przypominasz, że Bóg jest zawsze z nami i kocha nas. Jest z nami w najważniejszej chwili, przy przejściu do wieczności. Ojcze dziękuję i czekam na następne. Dobra misja. Życzę dużo zdrowia, siły i uśmiechu”. Dr Henryk, inżynier, nauczyciel akademicki z Poznania, a do tego poeta, ‘wydobywa’ z felietonów wiersze. Już chyba pięć wierszy ‘wydobył’. Jest w tym niezwykły, niesamowity. Zasugerował też, abym wydał felietony, to gotów jest dokonać poetyckiej ekstrakcji z każdego z nich. Dobry Jezu, co ja mam myśleć o tym wszystkim?

 

Wieczorem poszedłem do Biblioteki na spotkanie z Barbarą Wachowicz. Sala biblioteczna wypełniona była po brzegi. Spotkanie i wystawa poświecone było Cyprianowi Kamilowi Norwidowi. Uświadomiłem sobie, że jest najwyższa pora, by z całą powagą pochylić się nad poezją Wieszcza. Bo co ja mu powiem, gdy go spotkam po drugiej stronie? Kiedyś nie dorastałem do jego myśli a dziś mogę już nie zdążyć przeczytać. Podaruj mi, Panie, trochę czasu, abym zdążył.

 

 

W najbliższym tygodniu mam spotkanie Ruchu Czystych Serc. Myślę o moich nowych przyjaciołach z gimnazjum i o… Matce Bożej, którą nazwano w litanii także imieniem „Najczystsza”. Czystość musi być najczystsza, gdy tajemnicę człowieczeństwa przenika tajemnica Bóstwa, gdy Syn Boży staje się Synem ziemskiej, człowieczej Matki. Czy Bóg, który jest najczystszy, mógł zatrzymać jedynie dla siebie przedwieczną nieskalaność stwarzając Ciebie, Arcydzieło wśród wszystkich stworzeń?

 

Niepojęty jest dla nas Twój stan najczystszy, Maryjo. Podaruj nam, skalanym przez grzech, najmniejszą odrobinę ze swojej najczystszej czystości, byśmy umieli dostrzec w pięknie stworzenia pierwotną czystość wlaną w Twe dzieła przez Stwórcę.

 

Serdecznie pozdrawiam i błogosławię przez ręce i serce Maryi.


AUTOR :  o. Ludwik


Wieruszów, dn. 18 listopada 2012 r.