Księża, zostawmy ryby i zacznijmy łowić ludzi! Drukuj
Wpisany przez TOMASZ32-VAD   
niedziela, 27 października 2013 19:03

"Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą

i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą

i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości

czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą"

 

 

ks. Jan Twardowski

 

 

Nie bez powodu  umieściłem ten wspaniały fragment ks. Twardowskiego w tym wstępie do tekstu ks. Rafała Sorkowicza, ponieważ bardzo dobrze koresponduje on z tym tekstem a szczególnie z wezwaniem umieszczonym w tytule "Księża, zostawmy ryby i zacznijmy łowić ludzi!" Jak dobrze wiemy - wielu ludzi odchodzi bardzo szybko, odchodzą często nie pojednani z Bogiem i bliźnimi z którymi mogli żyć w poważnych konfliktach, w stanie grzechów ciężkich, z nienawiścią w sercu. Myślę, że warto w kontekście kończącego się Roku Wiary i poniższego tekstu przeanalizować własne życie, postępowanie, własne życie - czy przypadkiem nie ma w naszym życiorysie, naszym postępowaniu czy też relacjach z bliźnimi takich chwil, takich faktów, które mogły by być takim wielkim balastem, ciężarem, krzyżem, z którym nie dajemy sobie rady, który nas przygniata. Może warto powierzyć ten krzyż, balast samemu Chrystusowi, może warto skorzystać z pomocy tych, którzy maja nam pomagać w dążeniu do zbawienia, do pojednania się z Bogiem - naszymi duszpasterzami, ojcami duchownymi, którzy mimo swoich słabości starają się prowadzić Kościół, swoich wiernych ku Bogu.

 

To wezwanie do połowu ludzi niech będzie też odebrane jako ważny cel w życiu każdego kapłana, bez uprzedzeń, bez osądzania, z wrażliwością, miłością, zrozumieniem, cierpliwością oraz troska bardziej o wiernych niż o te ziemskie przyjemności. Tylko tak można budować czy tez odbudowywać Kościół, który od dłuższego czasu jest tak bardzo niszczony. Wierni, mimo swych wielkich słabości oczekują od kapłanów czystości, umiaru w tych ziemskich przybytkach, przyjemnościach, wygodach, tak aby mogli isć za swoimi pasterzami widząc w nich osoby, które mogą je prowadzić właściwą drogą. Potrzeba więc współpracy, jedności i wytrwałości w tym dążeniu do Boga.Niech ten tekst ks Twardowskiego i ks Sorkowicza będą dla wielu kapłanów i także dla nas wiernych motywacją do działania, tej wspólnej walki o dobro Kościoła Chrystusowego.  Ludzie sami się nie złowią, jak będą słabe sieci (kapłani) to nie wielu ludzi da się złowić. Niech to dzisiejsze słowo o budowie Kościoła będzie także wsparciem i motywacją dla wszystkich kapłanów: KOŚCIOŁA CHRYSTUSOWEGO BRAMY PIEKIELNE NIE PRZEMOGĄ.

 

 

WSTĘP: Via Ad Deum

 

--------------------------------------------

 

 

Środowe popołudnie. Stargard Szczeciński. Siedzę za biurkiem, czytam pobożną lekturę i nagle otwierają się drzwi. Kieruję swoje spojrzenie w kierunku roztrzęsionego lekko młodzieńca, który właśnie wszedł do biura parafialnego. Chłopak stoi przede mną i widzę, że jest przestraszony. Wstaję zza biurka, podchodzę do niego, podaję serdecznie rękę i mówię: „Szczęść Boże, witaj, jak masz na imię?”. Odpowiada: „Paweł”. Widzę, że moje powitanie trochę go rozluźnia. Wskazuję na krzesło, chłopak siada i rozpoczynamy rozmowę. Mówię: „Spokojnie… Paweł, w czym ci mogę pomóc?”. Okazuje się, że to jego drugie dziś spotkanie z księdzem. Przed godziną był u swojego Proboszcza. Ma jedno pragnienie – ochrzcić dziecko. Żyje w związku niesakramentalnym. Tak jak większość matek i ojców, którzy przychodzą do biura parafialnego i proszą o chrzest dla swojego dziecka. Mijają minuty, chłopak opowiada. Ja słucham...

 

W ciągu dwudziestu minut chłopak wyrzuca z siebie rozgoryczenie, żal, złość. Wyczuwam, że nie jest z gatunku wielkich mistyków. Ale jest szczery i prostolinijny. To dobry znak. Zagubiony, w wierze letni, zaniedbany duchowo, upokorzony przez swojego Proboszcza, który go wyrzucił na przysłowiowy zbity pysk, karcąc go za konkubinat. Chce ochrzcić dziecko. Oczywiście chrztu nie będzie. Najpierw ślub. I koniec dyskusji. Zasadę mam jedną: nikogo nie osądzać, zbyt szybko, nikogo nie potępiać zbyt łatwo. Mijają kolejne minuty. Rozmawiam z chłopakiem, pytam się subtelnie o jego życie, jego rodzinę. Paweł nabiera odwagi i ufności. Otwiera się. Opowiada o swojej matce, ojcu, o swojej ukochanej dziewczynie. Słucham tego wszystkiego, ale sercem jestem gdzie indziej. Znowu widzę Jezusa, jak patrzy się na tłum, chce go nakarmić. Są jak owce nie mające pasterza. Spragnieni chleba, spragnieni prawdy…

 

Powracam do Pawła. Zaczynam mu spokojnie opowiadać o Jezusie. Tłumaczę (wciąż podkreślając, że jest dobrym, mądrym i wrażliwym facetem, więc zrozumie) jak ważne jest prowadzenie głębokiego życia duchowego, że mężczyzna duchowo otępiały – to żaden mężczyzna, wskazuję na wartość sakramentalnego małżeństwa. Paweł słucha w skupieniu. Potem wywiązuje się ciekawa rozmowa. Na koniec tłumaczę mu, co zrobić, by jakoś to wszystko poukładać, z Bogiem i z miłości do swoich bliskich. Paweł nie ukrywa wzruszenia: „Dziękuję księdzu… dziękuję, że mi to wszystko ksiądz wytłumaczył…”. Umawiamy się na następne spotkanie i… może spowiedź. Ostatnie wskazówki i zachęta, mówię: „Paweł, wiem, że chcesz być mądrym i dojrzałym mężczyzną, że kochasz swoją dziewczynę i dziecko. Pomogę ci”… Hm… Najłatwiej jest egzekwować prawo. Ale przecież my nie od tego jesteśmy. Mamy łowić ludzi – cierpliwością, miłosierdziem i sercem mądrym…

 

Jeden mały przykład z życia. Jedno z tysiąca spotkań… w biurze parafialnym. Jedna z tysiąca historii młodego człowieka, którego Pan przysłał do kapłana. Wieczorem mam serce ciężkie od refleksji. Niby wszystko jest w porządku, ale czasy ostatnim ciężko mi zasnąć. A kiedy powiekom trudno opaść, zaczynam modlić się i rozmyślać. Dryfuję pomiędzy rachunkiem sumienia a zwykła refleksją. Próbuję ocenić miniony dzień, skonfrontować go z Ewangelią. Radości jest wiele, zmartwień nie brakuje. No bo jak tu się nie martwić: patrzę się na ludzi, na młodzież i czasami zapłaczę sobie po cichu bo… są oni często jak owce bez pasterza. Mea culpa. Moja i innych. Wiem, człowiek nie jest w stanie wszystkiego i wszystkich ogarnąć. Ale może codziennie próbować porządnie ogarnąć chociaż jakąś część naszego wszechświata. Jestem młodym księdzem. Siedem lat temu zostałem wyświęcony. Ostatnio postanowiłem zrobić sobie porządny rachunek sumienia z tych siedmiu lat. Co się wydarzyło, jakim byłem (i jestem) pasterzem. Czy wciąż pachnę owcami (używając pięknej metafory Franciszka)?.. Czy może śmierdzę pasterskim lenistwem, męskim przerośniętym ego?...

 

Pytanie zasadnicze: czy my księża, mamy ten ogień Bożego Ducha w sobie, by łowić ludzi? Uwielbiam ewangeliczny obraz spotkania Jezusa z Piotrem, nad jeziorem Galilejskim. Moment szczególny, bo ukazujący do czego Chrystus powołuje kapłanów. Zostawcie te wasze ryby. Ludzi zacznijcie łowić. No właśnie – nasze ryby: samochody, komputery, telefony, restauracje, markowe ciuchy. Nam zakonnikom trochę łatwiej /choć nie zawsze… i zakonnicy niektórzy lubują się w przepychu/. Ale te ryby nas księży wykańczają. To widać często na liturgii. Ekspresowa Msza, zero duchowego zaangażowania. Ludzie szybko wyczują. Gdzie się ten ksiądz tak śpieszy? Do komputera, na wieczorny seansik filmowy, na kolacyjkę z dobrą whisky u znajomych, którzy w slamsach raczej nie mieszkają? Gdzie się nam tak śpieszy? Zniewoleni rybami, o ryby zabiegamy. Zapomnieliśmy o tym dniu, w którym Jezus nas powołał i szepnął stanowczo do serca: Ludzi łowić!… Wiele z tego, co mówią ludzie o księżach – niestety, jest prawdziwe. Spotykają urzędników egzekwujący prawo, profesorów, mistrzów teologii, którzy soczyście opowiadają o Biblii i dogmatach, a często mają problem z poprowadzeniem duchowo pogubionego moralnie człowieka. Nie, nie generalizuję. Jest mnóstwo pięknych duchowo i świętych kapłanów - diecezjalnych i zakonnych. Ale jest też liczna rzesza księży pogubionych, zamkniętych w sobie, egocentrycznych prostaków, wreszcie opływających w luksusie, o którym przeciętny nasz parafianin może sobie tylko pomarzyć. I tacy pasterze gorszą swoje owce. Niszczą wizerunek Kościoła. Ślepy ślepego nie poprowadzi. Księża, zostawmy ryby i zacznijmy łowić ludzi!

 

Nowa ewangelizacja to na dzień dzisiejszy w polskim Kościele - jeden wielki mit. Być może dlatego, że potencjalni ewangelizatorzy w sutannach i habitach – sami potrzebują wpierw „Nowej Ewangelizacji”. Nie jestem pesymistą, wręcz przeciwnie, nasiąknięty jestem do szaleństwa duchem Dobrej Nowiny. Ale z dnia na dzień, obserwując wielu polskich kapłanów i odchodzących od nich ludzi, dziwnie smutnych i czasami sponiewieranych, chce mi się płakać. I czasami płaczę. Modlę się i proszę Pana: przymnóż nam, kapłanom, wiary… Bo ksiądz bez wiary, to nieszczęście potrójne. I radość diabła, który podkłada nam księżom kolejne rybki, które odciągają nas od ludzi…

 

 

 

AUTOR: Ks. Rafał J. Sorkowicz SChr

 

 

 

ŹRÓDŁO: http://www.sorkovitz.blogspot.com

Poprawiony: niedziela, 27 października 2013 22:01