|
Paweł nie pije już kilka lat. Wsparciem dla niego jest dorosła córka. - Zawsze wiedziała, że mam problem z alkoholem - zwierza się - a żona nie. Teraz i z żoną, która odeszła ode mnie (zawarła już trzeci związek małżeński) mam dobre kontakty, pomagamy sobie, nie ma już kłótni, zacietrzewień, jak dawniej bywało. Chociaż do rozwoju mojej choroby alkoholowej przyczynił się nasz rozwód.
W domu nie miałem złego przykładu. Tata nie pił i bracia też nie. Ojciec zmarł, gdy miałem 15 lat. Poczułem się wtedy wolny. Poszedłem do wieczorowego technikum budowlanego. Wówczas zasmakowałem w alkoholu. Potem podjąłem pracę i usamodzielniłem się. Często wyjeżdżałem na budowy na Białoruś. Tam panowało totalne pijaństwo. Wkrótce coraz mniej było firm, które chciały mnie zatrudniać.
Żona odeszła ode mnie po dziesięciu latach małżeństwa. Odtąd byłem niespokojny. Obraziłem się na Kościół, na Pana Boga. Chociaż jak Ojciec Święty był w Polsce to zawsze za nim jeździłem i modliłem się, żeby wytrzeźwieć, ale jak Papież odjechał do Watykanu - to ja znów ruszałem w tango.
W BLASKU ŚWIEC
Już nikt nie chciał ze mną pić. Piłem samotnie prawie 30 lat. Rodzina odsunęła się ode mnie. Przychodziły myśli samobójcze. Chciałem powiesić się na działce brata, żeby mu zrobić na złość. Mieszkam na jedenastym piętrze i nie raz stawałem na balkonie, żeby skoczyć, ale strach mnie ogarniał, że się uratuję i będę kaleką. Aż któregoś dnia obudziłem się i postanowiłem coś ze sobą zrobić. Chciałem pójść do szpitala, ale nie miałem pieniędzy, a nigdzie nie byłem ubezpieczony. Zadzwoniłem do brata... Zrozumiał moją sytuację. Bez wahania przyszedł - w sobotę - i podpowiedział mi, że jest w Bydgoszczy Ośrodek Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Niedzielę jakoś przeżyłem, a w poniedziałek poszedłem pod wskazany adres i zostałem przyjęty przez terapeutkę. Przez parę godzin płakałem jej w rękaw, opowiedziałem jej swój piciorys, prosząc o pomoc. Przedtem trzy - cztery miesiące udało mi się nie pić, ale potem znów piłem.
Zostałem w Ośrodku na próbę... Pamiętam szczegóły ze spotkań. W blasku świec ludzie opowiadali swoje historie, niektóre epizody z ich życiorysu byty podobne do moich. Zobaczyłem, że ci ludzie jednak teraz żyją inaczej, że wyszli z dołka. Byli przyjaźnie do mnie ustosunkowani. Wrosłem w tę wspólnotę. Dzięki niej doszło do mnie, że problem alkoholowy jest we mnie.
OLŚNIENIE
Byłem poraniony, a przeze mnie inni cierpieli; zagrażałem nawet życiu innych. Bóg uchronił mnie jednak przed najgorszym - nikogo nie zabiłem, nie skończyłem w więzieniu, a przecież gdy bywałem w amoku, wszystko się mogło zdarzyć. Do Zakroczymia przyjechałem pierwszy raz, gdy była tu grupa "Nadzieja". Namówił mnie któryś z kolegów: - Chodź z nami Paweł, może znajdziesz u ojców kapucynów "swojego" Boga. Pojechałem. Doświadczyłem rzeczy niemożliwej, jak mówią inni, którzy ze mną byli; przez cztery dni nawet na chwilę nie zdrzemnąłem się i nie odczuwałem zmęczenia. Nie opuściłem żadnego z punktu ustalonego programem, a w przerwach i w nocy nieustannie słuchałem, co inni - dziś moi przyjaciele - mieli do powiedzenia. W kaplicy odczuwałem jakąś nową, nieopisaną rzeczywistość. Olśnienie - Bóg mnie kocha. Bóg mnie kocha przez tych ludzi, którzy mnie otaczają, którzy mi naprawdę dobrze życzą i chcą, żebym żył prawdziwie. Przedtem kościół kojarzył mi się z konfesjonałem. Zawsze myślałem, że Bóg mnie karze za moje przewinienia, że dla Niego jestem, że tak się wyrażę, szmatą. Tymczasem w Zakroczymiu właśnie doszło do mnie: Bóg jest miłosierny i czeka na mnie, i akceptuje mnie takiego, jakim jestem. Wiele zawdzięczam o. Krzysztofowi, którego wybrałem sobie na spowiednika. On prowadzi mnie i dodaje mi sił w trwaniu w trzeźwości. 
MUSIAŁA ZOBACZYĆ I UWIERZYĆ
Córka pyta: Tatuś, który to już raz jedziesz do Zakroczymia? Piąty - odpowiadam. Pierwszy raz jak wróciłem do domu po spotkaniu zakroczymskim to mówiła, że wróciłem z aureolą, ale nie wierzyła, że ją utrzymam. Dopiero za czwartym razem powiedziała: trochę się zmieniasz. Jej wierzę, bo wiem, że mnie kocha i mówi szczerze. A ja też mówię jej, co mnie boli, gdy rozmawiamy ojej problemach. Na początku myślałem, że ją szybko nawrócę. A teraz tylko Boga proszę o wsparcie. I są efekty. Kiedyś mówiła: stałam koło kościoła. Potem wyznała, że była na Mszy św.
Brat czyta Pismo Święte. Nie kazałem mu tego robić. Tylko sam czytałem. Czuję łaskę Boga w swoim życiu: jest też Bóg obecny w mojej rodzinie.
Żeby nic być sam. szukam drugiej osoby. Żyłem w związku z kobietą, ale jakoś nie pasowaliśmy do siebie. Powiedziałem jej, że na pierwszym miejscu jest dla mnie Siła Wyższa, potem wspólnota AA i córka, i rodzina, a potem dopiero ona. To jest dla niej nie do przyjęcia. Tak Jest dziś, taką kolejność wymieniam teraz. Może to się jeszcze zmieni, ale Bóg zawsze będzie na pierwszym miejscu, a wspólnota wciąż jeszcze mi nie obrzydła...
W 2000 roku pracowałem w Licheniu jako wolontariusz. Miałem być tam 10 dni, ale zadzwonił brat, że mama umiera. Krzyczałem do Matki Bożej Licheńskiej: Przecież coś z sobą robię, trzeźwieję, a Ty mi matkę zabierasz? Gdy kolega mnie odwiózł do szpitala, zastałem ją milczącą, nie mówiła nic, aleja zdążyłem jej powiedzieć wszystko.
Wróciłem do Lichenia. Ks. Dariusz Kwiatkowski powiedział mi: chodź sobie Paweł swoimi ścieżkami i już nie pracuj. Łaziłem po sanktuarium i myślałem. Zrozumiałem, że mama żyła tak długo, choć od dawna chorowała, by mnie zobaczyć i uwierzyć, że ja naprawdę od lat nie piję.
W czasie pogrzebu mamy byłem już pogodzony z Bogiem. Od chwili gdy w kaplicy prosiłem o modlitwę różańcową w intencji mamy, nie uroniłem ani jednej łzy, byłem spokojny. Mama poszła do Nieba. Gdzież mamie będzie lepiej. Liczę na to, że się kiedyś spotkamy.
Notował Tadeusz Pulcyn
źródło:
|